Jeden urząd i kilka stron internetowych - informacje są rozproszone, a mieszkańcy nie wiedzą, gdzie szukać odpowiedzi na swoje pytania. Zdaniem Szymona Osowskiego, prezesa Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska, BIP w formie sprzed ćwierćwiecza nie wystarcza, a cały model dostępu do informacji publicznej wymaga dziś nowego podejścia.
Jeden urząd i kilka stron internetowych - informacje są rozproszone, a mieszkańcy nie wiedzą, gdzie szukać odpowiedzi na swoje pytania. Zdaniem Szymona Osowskiego, prezesa Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska, BIP w formie sprzed ćwierćwiecza nie wystarcza, a cały model dostępu do informacji publicznej wymaga dziś nowego podejścia.
Podmioty publiczne lub podmioty realizujące zadania publiczne są zobligowane do prowadzenia biuletynów informacji publicznej. BIP to strona internetowa, na której dana jednostka, np. urząd gminy, sąd czy spółka komunalna, publikuje informacje wymagane przez polskie prawo. BIP ma służyć powszechnemu i bezpłatnemu dostępowi do informacji publicznej. Działa od 2002 roku w oparciu o ustawę o dostępie do informacji publicznej z 2001 roku.
Przez te lata rzeczywistość wokół nas przeszła cyfrową rewolucję, za którą stare rozwiązania zdają się nie nadążać. Coraz częściej mówi się o rozproszeniu danych, ich nieaktualności, braku jednolitych standardów w BIP, o trudnościach z wyszukiwaniem informacji przez obywateli oraz niewykorzystanym potencjale publikowania dokumentów z urzędu.
Z drugiej zaś strony trwa dyskusja zainicjowana przez samorządy ws. ograniczenia dostępu do informacji. W tzw. pakiecie deregulacyjnym, w ramach prac Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego, wniosła o nowelizację przepisów w tej sprawie. Samorządowcy mówią o "nadużywaniu" prawa do dostępu do informacji publicznej, tj. np. wnioskach uporczywych, powtarzalnych czy od podmiotów działających komercyjnie, a nie służących interesowi publicznemu. Chcą mieć narzędzia, by nie odpowiadać na takie wnioski.
Niedawno przedstawiciele Rządowego Centrum Legislacji, Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Centralnego Ośrodka Informatyki i Ministerstwa Cyfryzacji zaprosili do rozmów o przyszłości BIP i innych wspierających jawność e-narzędzi stronę społeczną. W jakim kierunku mogą i powinny pójść nowe rozwiązania? Rozmawiamy z Szymonem Osowskim, prezesem Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska.
Czy BIP po ponad 20 latach wymaga reformy?
Szymon Osowski, prezes Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska: To nawet nie jest kwestia samego BIP-u, ale szerzej - stron internetowych administracji. Po tych latach znaleźliśmy się w sytuacji, w której, jeśli weźmiemy pod uwagę choćby samorząd terytorialny, mamy około 2,5 tys. gmin i około 5 tys. stron internetowych. W praktyce każda gmina, powiat czy województwo samorządowe prowadzi co najmniej dwie strony internetowe. To powoduje ogromny chaos informacyjny.
Jeżeli chcielibyśmy zwykłemu mieszkańcowi wyjaśnić, gdzie ma szukać informacji dotyczących swojego samorządu, pojawia się podstawowe pytanie - czy powinien wejść na BIP, czy na zwykłą stronę internetową urzędu? Dwadzieścia lat temu takie rozwiązanie miało sens.
Ustawa pochodzi z 2001 r., a wtedy sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Część administracji w ogóle nie miała własnych stron internetowych, więc pomysł stworzenia Biuletynu Informacji Publicznej był bardzo dobry. Chodziło o to, aby zmusić administrację do publikowania informacji w internecie, tak aby każdy mógł mieć do nich dostęp z każdego miejsca i o każdej porze.
Ostatecznie jednak poszło to w niewłaściwym kierunku. Ktoś kiedyś wmówił administracji, że musi prowadzić dwie oddzielne strony internetowe. Tymczasem - jeśli przeanalizujemy ustawę o dostępie do informacji publicznej oraz rozporządzenie dotyczące BIP-u - okaże się, że przepisy wcale tego nie wymagają.
Nie ma nigdzie zapisu, że strona spełniająca standardy Biuletynu Informacji Publicznej musi wyglądać, jak tablica ogłoszeń. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby była to nowoczesna, zwykła strona internetowa, która jednocześnie spełnia wszystkie wymagania BIP-u. Pod względem prawnym miasto mogłoby prowadzić jedną stronę internetową, spełniającą standardy Biuletynu Informacji Publicznej.
Dlatego postulujemy, aby zamiast utrzymywać dwa równoległe serwisy, zastanowić się nad tym, w jaki sposób dane publiczne i informacje dotyczące administracji powinny być prezentowane w internecie.
Czyli przede wszystkim należałoby to uporządkować?
- Tak, uporządkować i ujednolicić. Jednocześnie bezwzględnie powinien zostać zachowany mechanizm przewidziany obecnie w art. 10 ustawy o dostępie do informacji publicznej, czyli zasada, że informacje udostępnione w internecie nie wymagają ponownego udostępniania na wniosek. To właśnie jest istota Biuletynu Informacji Publicznej. Już przy tworzeniu ustawy założono, że jeśli dana informacja znajduje się na stronie internetowej spełniającej standardy BIP-u, organ nie musi ponownie realizować wniosku o jej udostępnienie.
Jeżeli więc samorząd albo administracja rządowa publikuje informacje w internecie, pozostają one tam dostępne i nie ma potrzeby każdorazowego odpowiadania na wnioski o ich udostępnienie.
Żyjemy w XXI wieku i dzięki nowym technologiom można znacznie lepiej zarządzać informacją publiczną. Powinniśmy zastanowić się, jak zorganizować przestrzeń informacyjną w internecie, aby ograniczyć liczbę wniosków o udostępnienie informacji. Celem powinno być stworzenie takiego systemu, w którym większość potrzebnych danych będzie po prostu dostępna online.
Dzisiaj zwykły mieszkaniec często nie wie, gdzie szukać informacji. Musi przeglądać dwie strony internetowe, a czasem jeszcze kolejne serwisy. Trudno logicznie odpowiedzieć na pytanie, gdzie właściwie należy go skierować. Często tłumaczy się, że sprawy typowo urzędowe znajdują się w BIP-ie, a pozostałe na zwykłej stronie internetowej. W praktyce jednak nie jest to do końca prawda.
Wyobraźmy sobie, że chcemy wyjaśnić uczniom, gdzie mają szukać informacji o swoim samorządzie. Jakie jedno źródło informacji moglibyśmy im wskazać? Nie media społecznościowe ani różne portale, ale jedno oficjalne miejsce. Na to pytanie nie ma dziś jednoznacznej odpowiedzi. I właśnie to jest jeden z podstawowych problemów polskiej administracji.
Mamy przecież także strony internetowe, które pełnią funkcję serwisów informacyjnych, a czasem - taki zarzut pada coraz częściej - nawet promocyjnych.
- Oczywiście. Przykładowo, gdańsk.pl jest zarejestrowanym tytułem prasowym. Podobne portale prowadzą także Łódź, Wrocław czy Szczecin. W efekcie informacji o samorządzie można szukać w mediach społecznościowych, miejskich portalach informacyjnych, na stronie urzędu, w Biuletynie Informacji Publicznej, a dodatkowo funkcjonują jeszcze miejskie biuletyny informacyjne.
Przebicie się przez ten gąszcz źródeł jest bardzo trudne. Osoba poszukująca konkretnej informacji musi poświęcić mnóstwo czasu na przeglądanie kolejnych stron i serwisów. Nie służy to nikomu.
Z perspektywy administracji również stanowi to problem. Trzeba przecież jednocześnie prowadzić media społecznościowe, stronę urzędu, BIP oraz różne serwisy informacyjne. Oznacza to konieczność angażowania znacznych zasobów tylko po to, aby wszystkie te kanały były na bieżąco aktualizowane.
Cyberbezpieczeństwo staje się argumentem w sporze o jawnośćW jakim stopniu w rozmowach, które prowadzicie ze stroną rządową i ministerialną, wybrzmiewa ważna obecnie kwestia cyberbezpieczeństwa? Czy może ona stać się uzasadnieniem dla nieujawniania części informacji? Czy widzi pan tutaj ryzyko kolizji z zasadą jawności?
- Rozmowy zostały podzielone na dwa obszary. Jeden dotyczy funkcjonowania stron internetowych administracji i Biuletynu Informacji Publicznej. Drugi koncentruje się na problemie tzw. nadużywania prawa do informacji publicznej. W tym obszarze faktycznie administracja coraz częściej odwołuje się właśnie do argumentu bezpieczeństwa.
A są to trudne rozmowy, ponieważ często opierają się na pojedynczych przykładach. Pojawiają się opowieści, że ktoś zbiera informacje, poprzez składanie wielu wniosków o udostępnienie informacji publicznej, ale nikt nie pokazał analiz ani dowodów potwierdzających, że rzeczywiście jest to poważny problem.
Wszyscy zgadzają się, że bezpieczeństwo jest niezwykle istotne, jednak brakuje materiału, na którego podstawie można byłoby racjonalnie ocenić skalę problemu.
Czy dobrze rozumiem, że cyberbezpieczeństwo zaczyna być traktowane jako uniwersalny argument pozwalający ograniczać jawność?
- Tak bywa, ale nie rozstrzygam, czy w każdym przypadku jest to słuszne, czy nie, bo to temat na osobną dyskusję. Zwracam natomiast uwagę, iż funkcjonuje już ustawa o ochronie informacji niejawnych. Jeżeli określone informacje rzeczywiście mają znaczenie dla bezpieczeństwa państwa, to istnieją mechanizmy pozwalające wyłączyć je z zasady jawności. Mamy już przecież przepisy, które wyłączają stosowanie ustawy o dostępie do informacji publicznej w określonych sytuacjach. Tak jest chociażby w ustawie o ochronie ludności i obronie cywilnej czy w przepisach dotyczących ochrony granicy państwowej.
Dlatego uważamy, że dyskusję należy oprzeć na konkretnych danych, a nie na pojedynczych historiach. Jeżeli mówi się o zagrożeniach wynikających z dostępu do informacji publicznej, warto pokazać skalę zjawiska. Ile rzeczywiście wpływa wniosków dotyczących infrastruktury krytycznej? Ile dotyczy ujęć wody albo innych elementów mogących mieć znaczenie dla bezpieczeństwa? Tego po prostu nie wiemy, ponieważ takich danych nikt nie przedstawił.
Poza tym warto zadać sobie pytanie, czy to właśnie wnioski o udostępnienie informacji publicznej są dziś głównym źródłem pozyskiwania danych. Przecież ogromna liczba informacji znajduje się już w publicznie dostępnych rejestrach i serwisach internetowych.
Weźmy choćby informacje o przetargach czy zamówieniach publicznych. Są one powszechnie dostępne. Dlatego nie wydaje mi się, aby tryb wnioskowy przewidziany w ustawie o dostępie do informacji publicznej był narzędziem, które w największym stopniu zagraża bezpieczeństwu państwa.
Czy da się poprawić BIP bez poważnych zmian ustawowych?A czy już dziś, bez dużych zmian ustawowych, można poprawić funkcjonowanie BIP-ów?
- Chcielibyśmy, aby administracja rządowa przygotowała szeroką kampanię informacyjną skierowaną do urzędów.
Przekaz powinien być bardzo prosty - im lepiej prowadzona jest strona internetowa urzędu, tym mniej wniosków o udostępnienie informacji publicznej trzeba będzie obsługiwać. Jeżeli mieszkańcy regularnie pytają o określone informacje, należy po prostu publikować je na bieżąco w internecie.
Strony BIP-u powinny stać się podstawowym miejscem publikowania informacji publicznych. Moim zdaniem wszyscy powinniśmy wspólnie pracować nad tym, aby administracja lepiej wykorzystywała możliwości internetu. W dużej mierze nie wymaga to nawet zmian przepisów.
Wystarczyłoby dotrzeć do decydentów z prostym przekazem: żyjemy w XXI wieku - publikujcie więcej informacji w internecie, a liczba wniosków o udostępnienie informacji publicznej naturalnie się zmniejszy.
Oczywiście, zawsze będą pojawiały się pytania dotyczące konkretnych dokumentów czy danych źródłowych, które będą wymagały przygotowania odpowiedzi. Tego nie da się całkowicie wyeliminować. Jednak znaczną część spraw można byłoby rozwiązać poprzez dobrą politykę informacyjną.
Moim zdaniem przez ponad 20 lat zabrakło szerokiej kampanii pokazującej administracji, jak wykorzystywać internet do realizacji prawa obywateli do informacji. To powinien być pierwszy krok. Już ponad ćwierć wieku temu uznano, iż internet będzie podstawowym źródłem informacji publicznej. Dzisiaj warto ten pomysł po prostu konsekwentnie rozwijać.
Dobre praktyki są w innych krajach, ale także w Polsce. Wystarczy je upowszechnićCzy możemy czerpać z doświadczeń funkcjonujących za granicą? Jakie przykłady mogą być inspiracją dla Polski?
- To np. rozwiązania funkcjonujące w Meksyku. Tam na jednej stronie internetowej zgromadzono wiele kategorii informacji publicznych. Znajdują się tam nie tylko odpowiedniki naszego Centralnego Rejestru Umów, ale również informacje o dotacjach, wydatkach realizowanych kartami płatniczymi i wielu innych obszarach działalności administracji.
To pokazuje, że można myśleć o dostępie do informacji publicznej w sposób kompleksowy. Właśnie dlatego postulowaliśmy, aby strona rządowa przygotowała długofalową strategię rozwoju cyfrowej dostępności informacji publicznych. Chodzi o to, aby zacząć myśleć o jednym, spójnym systemie, który agregowałby dane z różnych rejestrów i baz funkcjonujących już dziś w administracji.
Obecnie mamy osobno Centralny Rejestr Umów, osobno system zamówień publicznych i kolejne rejestry. Tymczasem warto zastanowić się, jak sprawić, aby te systemy wzajemnie się uzupełniały i były dostępne z jednego miejsca.
Taki kierunek rozwoju proponowaliśmy stronie rządowej. Być może nadszedł moment, aby przygotować plan obejmujący kilka najbliższych lat i spokojnie zaprojektować nowoczesny system dostępu do informacji publicznej, korzystając z rozwiązań, które sprawdziły się już w innych państwach.
Dobrym przykładem są także Czechy. Funkcjonuje tam rejestr umów zawierający pełną treść dokumentów. To rozwiązanie, które od dawna postulujemy również w Polsce. Sam rejestr umów to za mało - obywatel powinien mieć możliwość zapoznania się z ich treścią.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że stworzenie takiego systemu wymaga czasu i nakładów. Uważam jednak, że przyniosłoby korzyści wszystkim. Oznaczałoby po prostu lepsze zarządzanie informacją publiczną w przestrzeni cyfrowej.
A czy w Polsce mamy już samorządy, które mogą być wzorem dla innych?
- Takich przykładów jest całkiem sporo. Przez wiele lat w Gdańsku funkcjonował rejestr wydatków, obejmujący nawet koszty delegacji służbowych pracowników. Z kolei w Szczecinie działał rejestr umów zawierający nie tylko podstawowe informacje o zawartych umowach, ale również skany całych dokumentów. Dzięki temu mieszkańcy mogli zapoznać się z pełną treścią umów.
W Słupsku funkcjonuje rejestr wniosków o udostępnienie informacji publicznej. Jeżeli ktoś złoży pytanie do urzędu, zarówno wniosek, jak i odpowiedź są publikowane w internecie. Dzięki temu kolejne osoby nie muszą zadawać tych samych pytań.
Są również samorządy, które publikują w BIP-ie nagrania audio i wideo z posiedzeń komisji rady. Choć rozwiązanie to wciąż budzi pewne kontrowersje, pokazuje, iż można znacznie zwiększyć dostępność informacji dotyczących pracy samorządu.
Dobrych praktyk jest zresztą znacznie więcej. W wielu miejscach dobrze uporządkowano informacje dotyczące działalności rady gminy, głosowań radnych czy interpelacji. Niektóre samorządy publikują projekty uchwał z odpowiednim wyprzedzeniem - dzięki czemu mieszkańcy mogą się z nimi zapoznać, a nawet zgłaszać swoje uwagi jeszcze przed ich uchwaleniem.
Dlatego uważam, że zamiast wprowadzać kolejne obowiązki ustawowe, lepiej pokazywać dobre praktyki i zachęcać administrację do ich wdrażania. Nakazy bardzo często spotykają się z oporem. Natomiast prezentowanie sprawdzonych rozwiązań i ich korzyści może okazać się znacznie skuteczniejsze.
Jako organizacje społeczne również zadeklarowaliśmy gotowość do włączenia się w taki proces. Chcemy pomagać w upowszechnianiu dobrych praktyk, pokazywać sprawdzone rozwiązania i zachęcać kolejne samorządy do ich wdrażania.
To leży w interesie nas wszystkich. Zamiast nieustannie dyskutować o liczbie wniosków o udostępnienie informacji publicznej, o ich rzekomym nadużywaniu czy o tym, jak wielu obywateli pyta administrację o różne sprawy, powinniśmy wykorzystać możliwości, jakie daje XXI wiek. Im więcej wartościowych informacji będzie publikowanych w internecie, tym mniej takich problemów pozostanie do rozwiązania.

Materiał chroniony prawem autorskim - zasady przedruków określa regulamin.