Miały dać mieszkańcom miast narzędzia do wytwarzania swojej energii elektrycznej. Tymczasem do rejestru prezesa URE trafiła dopiero czwarta obywatelska społeczność energetyczna. OSE przegrywają m.in. przez net-billing i brak realnych zachęt finansowych w porównaniu ze spółdzielniami energetycznymi - podkreśla Monika Jaszcza z Polskiej Zielonej Sieci.
Miały dać mieszkańcom miast narzędzia do wytwarzania swojej energii elektrycznej. Tymczasem do rejestru prezesa URE trafiła dopiero czwarta obywatelska społeczność energetyczna. OSE przegrywają m.in. przez net-billing i brak realnych zachęt finansowych w porównaniu ze spółdzielniami energetycznymi - podkreśla Monika Jaszcza z Polskiej Zielonej Sieci.
19 czerwca do wykazu prowadzonego przez prezesa URE wpisano dopiero czwartą obywatelską społeczność energetyczną. To Stowarzyszenie Sudecka Obywatelska Społeczność Energetyczna ze Szklarskiej Poręby. Cztery OSE (mamy też w spisie OSE z Łodzi, Krakowa i Jaworzna) to chyba nie jest taki efekt, jakiego spodziewano się w 2024 roku?
Monika Jaszcza, specjalistka ds. energetyki obywatelskiej Polskiej Zielonej Sieci: Te osoby, które zajmują się energetyką obywatelską i porównaniem wszystkich form społeczności energetycznych, zakładały, że tu raczej sukcesu nie będzie.
Owszem, była to odpowiedź na przepisy europejskie - dyrektywę IEMD z 2019 roku - i próba wdrożenia jej implementacji w Polsce, przy czym wszystkie formy społeczności energetycznych (prosument zbiorowy, klastry, spółdzielnie czy obywatelskie społeczności energetyczne) łącznie spełniają jej wymogi, natomiast żadna z nich z osobna nie stanowi pełnej implementacji dyrektywy.
OSE w miastach: idea, która zderza się z realiamiOSE zostały zaprojektowane m.in. z myślą o miastach i społecznościach lokalnych, w tym mieszkańcach budynków wielorodzinnych. Mają one umożliwiać udział odbiorców w mieście, a nie tylko na terenach wiejskich. Są bliskie idei prosumenta zbiorowego i „lokatorskiego” rozszerzonego o element społeczności i zarządzania.
Ale biorąc pod uwagę to, że mogą wytwarzać energię elektryczną w miastach, powstaje pytanie: gdzie fotowoltaika może powstawać, skoro przestrzeń jest ograniczona? W praktyce brakuje miejsc, w których można ją w większej skali lokalizować.
Po drugie, OSE rozlicza się w net-billingu, a nie net-meteringu. To oznacza, że nadwyżki energii mogą być sprzedawane po cenach rynkowych, a następnie kupowane na własne potrzeby po cenie taryfowej wraz z opłatami dystrybucyjnymi.
Po trzecie, OSE mogą zajmować się tylko energią elektryczną. Dla wspólnot mieszkaniowych istotna byłaby możliwość, aby OSE mogły również produkować ciepło. Tym bardziej że dekarbonizacja ciepłownictwa stanowi olbrzymie wyzwanie najbliższych lat.
W efekcie wszystkie zarejestrowane OSE skupiają się na poprawie efektywności energetycznej, ale tylko jedna z nich zajmuje się także wytwarzaniem energii.
OSE w przeciwieństwie do spółdzielni energetycznych lub klastrów energii nie korzystają też ze zwolnień np. z opłat dystrybucyjnych lub chociażby ich części.
Gdyby miała pani w prostych słowach wytłumaczyć, dlaczego właściwie powstała ta forma, skoro są spółdzielnie i klastry? Czy ona miała wpuścić zwykłych obywateli w takie inicjatywy?
- Miała wpuścić energetykę rozproszoną, energetykę obywatelską do miast. Te społeczności energetyczne miały być rozwiązaniem skrojonym na miasta. Ale powiedzmy od razu: ta forma jest mało zrozumiała.
Jeżeli samorząd ma do wyboru spółdzielnię energetyczną, która posiada osobowość prawną, szerokie wsparcie instytucjonalne i ugruntowaną praktykę działania, a z drugiej strony OSE, wybór będzie oczywisty na korzyść spółdzielni. Tym bardziej że spółdzielnie rozliczają się w net-meteringu, który jest znacznie bardziej korzystny dla społeczności energetycznych.
Propozycje kierowane do wspólnot mieszkaniowych, zakładające instalację paneli fotowoltaicznych na dachach w zamian za rozliczanie energii w ramach części wspólnych budynków, budzą wątpliwości. Zużycie energii w częściach wspólnych - takich jak oświetlenie klatek schodowych czy domofony - jest relatywnie niewielkie, co ogranicza ekonomiczną zasadność takiego rozwiązania. Dodatkowym wyzwaniem jest konieczność ingerencji w części wspólne budynków oraz uzyskania zgód mieszkańców, co w praktyce często okazuje się procesem złożonym i czasochłonnym.
Czyli w takich sytuacjach lepiej sprawdza się forma spółdzielni energetycznej?
- Niekoniecznie tak musi być. Dobrym przykładem jest inicjatywa zawiązana w Skarżysku-Kamiennej, w formule zbliżonej do modelu prosumenta lokatorskiego. Projekt rozpoczął się od instalacji paneli fotowoltaicznych na jednym z około 40 budynków, następnie został rozszerzony na kolejny, a obecnie planowane są odwierty pod gruntową pompę ciepła. To kierunek, który daje zarządcy nieruchomości większe możliwości działania na rzecz OZE i mieszkańców oraz częściowe uniezależnienie się od tradycyjnego ciepłownictwa i dostaw energii. Czyste i bezpieczne ogrzewanie obejmie 50 lokali mieszkalnych o łącznej powierzchni blisko 3000 m2.
Czy pani zdaniem należałoby uprościć całą architekturę energetyki obywatelskiej w Polsce?
- To przepisy powinny być prostsze, a nie ograniczane dostępne rozwiązania. Ludzie powinni mieć możliwość wyboru modelu najlepiej dopasowanego do ich sytuacji, zamiast być kierowani w stronę jednego schematu. Jedno rozwiązanie nie sprawdzi się wszędzie i nie odpowie na różne potrzeby.
W tej chwili najlepiej rozwijają się spółdzielnie energetyczne, które mogą łączyć bardzo różne podmioty i działać w różnej skali. Przykładowo Spółdzielnia Energetyczna Kazimierza Wielka liczy obecnie 100 członków (stan na 25.06.2026 - wykaz KOWR), ale są też takie, które tworzą pojedyncze podmioty. Mogą one skupiać przedsiębiorców, jednostki samorządowe, mieszkańców albo ich łączyć, co daje dużą elastyczność i pozwala stopniowo rozwijać lokalną produkcję energii, dopasowaną do konkretnych potrzeb.
Spółdzielnie energetyczne zaczynały od fotowoltaiki, ale dziś coraz częściej obejmują także inne źródła, takie jak energetyka wiatrowa czy biogazownie. To sektor, który jest już częściowo ugruntowany - podmioty uczą się tworzenia, działania operacyjnego, bilansowania energii i współpracy z operatorami systemu dystrybucyjnego.
Istotnym wsparciem są m.in. działania Krajowego Związku Rewizyjnego Spółdzielni Energetycznych czy organizowane przez Kujawsko-Pomorski Ośrodek Wsparcia Rolniczego Ogólnopolskie Forum Spółdzielni Energetycznych. Dzięki temu rozwój spółdzielni jest łatwiejszy, także dlatego, że uczestnicy rynku dzielą się doświadczeniami i dobrymi praktykami.
Inaczej wygląda sytuacja w przypadku obywatelskich społeczności energetycznych - w Polsce funkcjonują obecnie cztery takie podmioty i nadal nie ma pełnej jasności co do modelu ich działania i wdrażania.
Model OSE w Polsce: brak jasnych i jednolitych zasad oraz przejrzystości umówJak pani zdaniem powinien wyglądać ten model, żeby był zrozumiały dla ludzi i opłacalny dla OSE? Czy istnieje przykład z któregoś z europejskich krajów, z którego moglibyśmy czerpać?
- Obywatelskie społeczności energetyczne w Polsce działają inaczej niż w założeniach europejskich. W Europie to rozwiązania, które pozwalają ludziom nie tylko produkować energię, ale też realnie ją sprzedawać i uczestniczyć w rynku na bardziej równych zasadach.
W Polsce ten model jest bardziej ograniczony. W wielu przypadkach rola OSE sprowadza się do współpracy z jednym głównym podmiotem obrotu energią, co zmniejsza możliwości działania i wpływa na warunki rozliczeń.
Problemem jest też brak jasnych i jednolitych zasad oraz przejrzystości umów, które często mają poufny charakter. To utrudnia porównywanie warunków i realne negocjacje, a w praktyce prowadzi do sytuacji, w której jedna ze stron - najczęściej operator lub sprzedawca - ma znacząco silniejszą pozycję i może w dużej mierze kształtować warunki współpracy. Dotyczy to nie tylko obywatelskich społeczności energetycznych, ale szerzej - całej energetyki rozproszonej. W tej sprawie złożono już skargę do UOKiK i oczekiwane są rozstrzygnięcia.
Sieci, magazyny energii i przyszłość energetyki obywatelskiejWspomniała pani, że eksperci od początku zwracali uwagę na te zagrożenia. Pani pisała o nich już w 2024 roku. Czy przez te prawie dwa lata były prowadzone jakieś prace albo pojawiła się inicjatywa, żeby ten system poprawić lub zmienić?
- Na razie zainteresowanie tym obszarem jest jeszcze ograniczone i dotyczy głównie osób oraz podmiotów, które faktycznie próbują go rozwijać. W przypadku spółdzielni energetycznych dzieje się więcej, także dlatego, że są liczniejsze i bardziej zorganizowane, a przez to mają większą zdolność wpływania na zmiany. Obywatelskie społeczności energetyczne są na wcześniejszym etapie rozwoju i nie mają jeszcze takiej pozycji.
Dodatkowym wyzwaniem jest infrastruktura sieciowa. System pozwala na ograniczanie lub odłączanie odbiorców i wytwórców energii, także przedsiębiorstw i spółdzielni, przy różnym podejściu do poszczególnych źródeł energii. Z perspektywy bezpieczeństwa energetycznego kluczowe znaczenie ma natomiast rozproszenie wytwarzania i zwiększanie odporności systemu.
Tu pewnie niewiele się zmieni, dopóki nie rozwiążemy problemu przeciążenia sieci i dopóki nie będzie tylu magazynów energii, ile powinno być. A zatem będziemy energetykę obywatelską rozwijać czy może raczej zwijać?
- Ona będzie się rozwijać, ale pytanie brzmi: jak szybko i na jaką skalę.
Dziś największym ograniczeniem nie są same pomysły czy ludzie, tylko system wsparcia, prawo i finansowanie. To one w praktyce decydują o tym, czy społeczności energetyczne (energetyka obywatelska) mogą się rozwijać w sposób stabilny i przewidywalny.
Jeśli te warunki będą niespójne albo niewystarczające, będą powstawać pojedyncze dobre przykłady, ale trudno będzie mówić o szerokim, systemowym wdrożeniu.

Materiał chroniony prawem autorskim - zasady przedruków określa regulamin.